To Help Africa | Misjonera 14.11 – 07.12 2020
17341
post-template-default,single,single-post,postid-17341,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,qode-child-theme-ver-1.0.0,qode-theme-ver-10.1.1,wpb-js-composer js-comp-ver-5.0.1,vc_responsive
 

Misjonera 14.11 – 07.12 2020

Misjonera 14.11 – 07.12 2020

Czas na podsumowanie listopadowej misjonery, powrotu do Kwamneke, które ma wielkie miejsce w moim sercu. Był to czas na dokończenie bieżących projektów i zmierzenie się z nowymi wyzwaniami. Mój wyjazd związany był zarówno z projektami Stowarzyszenia To Help Africa jak i z projektami Fundacji Dzieci Afryki – taki mały mix

Tym razem priorytetem mojego wyjazdu było zamknięcie projektu uzdatniania wody, który prowadzimy wspólnie z fundacją.

Drugim, bardzo ważnym zadaniem była wizyta u polskiego misjonarza ks. Marka Gizickiego, który pełni swą posługę w Tanzanii od 20 lat w okolicach Gairo. To właśnie tam, w buszu w miejscowości Loltopez, Fundacja Dzieci Afryki będzie budować studnię dla Masajow. To kolejna studnia w Tanzanii  bardzo się cieszę.

Z Kwamneke do Gairo jest 140 km, wydawałoby się że 4,5 godzinki wystarczy, żeby dostać się tam. I tu jak zwykle afrykańskie realia pokazały mi, że plany to ja sobie mogę robić w Polsce. Musieliśmy jechać inną trasą, bo tuż przed Gairo od strony Kwamneke deszcz zniszczył drogę i nie można się było tam dostać. Zamiast 140 km zrobiliśmy ponad 600 km.

Zajęło nam to 3 dni, bo doszły noclegi. Jak jest ciemno to podróże są niebezpieczne. Po drodze do Gairo musiałam odebrać zaginiony bagaż z lotniska (nadrobić 200 km) i odwiedzić sierociniec. W okolicach Gairo wieczorami grasują słonie, które stwarzają zagrożenie dla mieszkańców i podróżujących, a jakość dróg pozostawia wiele do życzenia. Nocą dochodzi do wielu wypadków, stąd też ta podróż trwała tyle czasu. Z Gairo do księdza jest dystans 2-3 godzin po bezdrożach.

Wbrew pozorom to było zupełnie nowe doświadczenie dla mnie. Podróże po buszu trwały godzinami. Pierwszy raz podróżowałam na pace terenowego samochodu, co akurat tam nie jest niczym nadzwyczajnym, ale dla mnie to całkowicie nowa okoliczność.

Odległości tam są zdecydowanie większe jak w Kwamneke, drogi są w fatalnym stanie. Cały czas się zastanawiałam czym kierują się mieszkańcy buszu, że się tam nie gubią. Otoczenie zmienia się w zależności od pory roku więc jak można jechać po bezdrożach 3 godziny i się nie zgubić?  A jednak można.

Doszedł urok pory deszczowej, co skomplikowało lekko sytuację. Naszym „pilotem” był ks. Marek, który jechał przed nami na motorze i sprawdzał czy samochód jest w stanie przejechać. Często teren był tak zniszczony przez deszcz, że nie mieliśmy nawet najmniejszych szans przedostania się naszym terenowym samochodem. Ale pora deszczowa nie oznacza, że pada od rana do nocy bez przerwy. Było słońce i było ciepło. Przy okazji pobytu i noclegu w wiosce masajskiej zostałam szczęśliwą posiadaczką kozy.

Poruszyła mnie bardzo taka pierwotność terenu. Można pomyśleć, że busz i Masajowie to dobrze znany mi temat, ale to nic bardziej mylnego. Każde miejsce jest inne i inne są realia. Teren zamieszkiwany przez Masajów w okolicach Gairo jest wielokrotnie większy niż „mój busz”, więcej jest wiosek masajskich, podmokłych terenów, bydła. Tu również inaczej wyglądało spanie w chacie masajskiej. Nie spodziewałam się że przyjdzie mi spać z kilkoma cielakami w jednej chacie 🙂 no ale cóż … zdobyłam nowe doświadczenie 🙂 Kolejną rzeczą, która mnie zaskoczyła to fakt, że do najbliższego sklepu mieliśmy 4 godziny drogi samochodem  Trochę trudno to przełożyć na realia, w których żyjemy w Polsce.

No ale do rzeczy, bo się rozpisałam 

Pobyt w Tanzanii mieliśmy zacząć od wizyty u ks. Marka, ale okazało się, że robienie sobie planów było stratą czasu. Już na lotnisku w Amsterdamie dowiedziałam się, że trzeba będzie je zweryfikować, gdyż mój tanzański koordynator ma wysoka gorączkę (później okazało się, że to malaria) i nie będzie miał siły towarzyszyć nam w podróży po buszu. Wbrew pozorom na takie wyjazdy trzeba mieć dużo energii. Nasze plany trzeba było odłożyć do lamusa. Zaczęliśmy więc od Kwamneke czyli miejsca, które dało początek mojej przygody z Afryką. Planów było dużo, czasu mało ale był dobry nastrój i motywacja do dobrego zorganizowania się.

Dla uporządkowania wiadomości napiszę wszystko w punktach:

WODA

1. System uzdatniania wody jest realizowany ze znacznym opóźnieniem z przyczyn losowych. Powodów jest wiele: covid, wybory w Tanzanii, przetrzymywanie urządzeń na cle. Dodatkowo 2 panele solarne zostały uszkodzone w drodze z Hong Kongu, a tej mocy paneli nie można kupić w Tanzanii. Wszystko jest zainstalowane, zrobiony pomiar wydajności odwiertu, oczyszczony odwiert, zainstalowany sprzęt. Brakuje 2 paneli. Swój powrót musiałam przesunąć o dwa dni, żeby być chociaż w momencie dostarczenia urządzeń do buszu.

2. Zakupione i zamontowane zostały rynny w domu dla wolontariuszy oraz w ogólnodostępnym miejscu, którym jest wiata pełniąca funkcję świetlicy w wiosce, aby każdy mieszkaniec mógł nałapać trochę deszczówki. Zakupiony został również zbiornik 2000l celem magazynowania tej wody.

1% PODATKU

W tym roku z 1% podatku sfinansowana została budowa toalet przy szkole (warunek rejestracji), zamówione zostały ławki, szafy do pokoju nauczycielskiego i okiennice. Szkoła będzie zarejestrowana pod nazwą: Szkoła Podstawowa Dzieci Afryki nr 4 w Kwamneke.

Dodatkowo Fundacja przekazała 124 opakowania leków na grzybicę skóry, która dotyka znaczną grupę dzieci objętych naszą opieką.

INNE

Z ramienia Fundacji Dzieci Afryki odwiedziłam sierociniec w Mgolole, którym fundacja opiekuje się od kilku lat oraz w imieniu fundacji zakupiłam mleko dla niemowląt i zapas leków.

W ramach zbiórki organizowanej przez To Help Africa na portalu siepomaga.pl zakupiłam ubezpieczenie roczne dla 360 dzieci żyjących w skrajnym ubóstwie w wioskach Kwanmeke i Antakaya, . Obecnie dzieciaki są objęte ochroną ubezpieczeniową i będą mogły korzystać z pomocy medycznej i leków w zakresie podstawowych chorób takich jak malaria, dur brzuszny, cholera, UTI (zapalenie układu moczowego).

Dla wszystkich dzieciaków objętych programem adopcji zakupione zostało 2400 kg ryżu i fasoli. Nadal kurs wymiany walut nam sprzyja. Dzięki temu, że zakupowałam jedzenie na 2 miesiące mogliśmy wynegocjować lepsze ceny i kupić więcej niż zazwyczaj. Każde dziecko otrzymało 20 kg ryżu i 18 kg fasoli ( za listopad i grudzień łącznie).

W ramach rozwoju przedsiębiorczości rodziny dostały łącznie 650 kur i 69 kóz . Przypomnę zasadę 🙂 – każde dziecko objęte przez Stowarzyszenie To Help Africa programem adopcji serca otrzymuje raz na kwartał 1 kozę lub 6 kur. Projekt zrealizowałam z wyprzedzeniem o jeden kwartał, gdyż zaplanowanie sobie kolejnego wyjazdu z wiadomych powodów (covid) jest nierealne, a ten zakup zawsze realizuję osobiście 🙂

Odwiedziałam większość rodzin objętych programem adopcji serca (tym razem nie dałam rady wszystkich), kilka z nich dostało materace, dzieci buty, mundurki szkolne. Był też czas na odrobinę przyjemności dla dzieci i zabawy w grupach.

Naszego polskiego misjonarza ks. Marka Gizickiego odwiedziłam z kilkudniowym opóźnieniem. Tak jak wspominalam na początku tam Fundacja Dzieci Afryki będzie wiercić studnię. Celem mojej wizyty było rozeznanie się w realiach i przygotowanie dokumentacji .To kolejne nowe tereny i nowe doświadczenia.Podczas mojej podróży po buszu natknęłam się na zajęcia szkolne w szkole pod chmurką. To niesamowite uczucie, kiedy jest się świadkiem takiej sytuacji. Kawałek deski przymocowany do pnia dużego drzewa i jeden konar leżący na ziemi i służący za ławkę dla 40-50 dzieci. Tak się właśnie zrodził nowy projekt Stowarzyszenia To Help Africa. Wybudujemy dzieciom szkołę. Niby wiem jak jest w Afryce, jak czasem trudne jest życie, nie mniej jednak bycie uczestnikiem takich sytuacji motywuje do działania i chęci niesienia pomocy.

Tak więc mam kolejne nowe wyzwanie:) Wybudujemy tam szkołę.

Wydawałoby się, że to już koniec, ale życie jest pełne niespodzianek.

Ostatni dzień mojego pobytu w Kwamneke zapoczątkował pewną historię, której pewnie nigdy nie zapomnę. To będzie również pamiętny dzień dla trzech osieroconych dziewczynek, do których pewnego grudniowego popołudnia los się uśmiechnął. Ten dzień (7 grudnia) zmienił ich przyszłość, na taką która była dla nich nierealna nawet w marzeniach. Jedną z dziewczynek była Sharifa- bohaterka mojego podsumowania styczniowej misjonery, która dostała rower. Napisałam o nich „Opowieść wigilijną”, która została opublikowana na stronie Fundacji Dzieci Afryki. Dla chętnych wrzucam link do tej opowieści, bo nie chcę już pisać więcej w tym mailu – i tak jest mega długi:)

https://dzieciafryki.com/prawdziwa-opowiesc-wigilijna-2