Alex’s Visit to Poland – June 2018

Share

W czerwcu do Polski przyjechał nasz masajski reprezentant – Alex. Jak jednym zdaniem można by było ująć jego wrażenia z pobytu w Europie?

Fragmenty artykułu zamieszczonego w tygodniku “Polityka”, nr 35 z 29.08.2018, autor: Dorota Salus

Tutaj macie wszystko, ale to nie mój świat

,,Ciemna gliniana chata wielkości 2×5 m z nieszczelnym dachem. Wpadający do środka deszcz zamienia klepisko w breję. Na ziemi leży kilkuletnie dziecko z 40-stopniową gorączką. Już na oko widać, że jest niedożywione. Obok głowy ma zardzewiały rower, w nogach chodzi kura. – Szczęka zaczyna ci latać, ale rozpłaczesz się ? I co to da? – opowiada, co zastała po przyjeździe do położonej z dala od turystycznych szlaków masajskiej wioski Iwona Kreczmańska z Warszawy. – Niby wiedziałam – biedna Afryka, dzieci ze wzdętym brzuchem i muchami na twarzy, umierający z głodu ludzie. Każdy ma ten obraz w głowie. Ale jak zobaczysz na własne oczy, to trudno udawać, że się zapomniało – dodaje.”

,,Po powrocie zaczynają od paczek. W nich zabawki lecące do masajskich dzieci w buszu. Szybko okazuje się, że to chybiony pomysł – pluszaki błyskawicznie robią się brudne i pełne zarazków, piłki wytrzymują zaledwie dwa dni, bo pękają na kolczastej akacji, z której budowane są zagrody dla bydła. – A skąd niby mieliśmy wiedzieć?! Przecież my nigdy wcześniej nie pomagaliśmy – mówi Robert.

Później była szkoła. – Chcieliśmy zrobić coś specjalnego dla dzieci. Szkoła – szczytny cel, szybko zbierzemy kasę – myśleli naiwnie. Iwona, by móc prowadzić zbiórkę, otwiera stowarzyszenie: To Help Africa i zachęca do wpłat znajomych. Jej łącznikiem z wioską i lokalnymi budowlańcami zostaje miejscowy Masaj – Alex, którego poznali na Zanzibarze. Kosztorys szkoły obejmuje 20 tys. zł i dotyczy wyłącznie stanu surowego. Ale o tym Iwona nie wie, więc gdy przychodzi do płacenia za okna, ławki i szambo warte 6 tys. zł – nie wiadomo, skąd brać pieniądze. Wykłada własne. Po czterech miesiącach wraz z mężem wsiadają do samolotu, by uroczyście otworzyć szkołę w tanzańskim buszu.

Kolejny lot do Dar es Salaam, byłej stolicy Tanzanii, wykupują przy okazji odwiertu studni, który zorganizowali w wiosce. Pomaganie idzie coraz sprawniej. Do masajskiej wioski Kolanga trafia 10 żywych kurczaków, komputer, szczepionki na tężec i regularna pomoc dla 12 dzieci warta 100 zł miesięcznie, zwana adopcją serca.

Niedługo potem w Częstochowie Fundacja Dzieci Afryki organizuje coroczne spotkanie, na którym wolontariusze i misjonarze dzielą się doświadczeniem pomocy afrykańskim społecznościom i omawiają zrealizowane projekty. – A może zaprosić Alexa – Masaja z tanzańskiej wioski Kolanga zaangażowanego w działania fundacji ? Niech przyjedzie i sam się wypowie.

Już od pierwszego dnia grafik jest napięty – Alex przyjeżdża do Polski na miesiąc. Uczestniczy w częstochowskiej konferencji i odwiedza szkoły, w których przybliża uczniom warunki życia w Afryce. Polscy gospodarze nie pozostają dłużni, chcą mu pokazać, jak żyje się w Europie. Zaczynają od Wieliczki, gdzie schodzą z Alexem 140 m pod ziemię, w Tatrach wspinają się razem na Gubałówkę, w Energylandii siadają na rollercoaster. Pokazują pociąg, nowoczesną fabrykę i luksusowy apartamentowiec. Uczą, jak działa smartfon i komputer, biorą do zoo i na stare miasto. Jednak europejskie „wynalazki” wzbudzają mieszane uczucia. – Na Mazurach pływaliśmy na luksusowej motorówce, więc pytam Alexa: Podobało ci się? „Tak”. I koniec. A łódka była naprawdę fest – wspomina Robert, miłośnik żeglowania. Podobnie z jazdą samochodem. – Znajomy przewiózł go sportowym modelem Porsche. Po wyjściu z auta zamiast spodziewanego zachwytu komentarz: „To chyba nie jest bezpieczne”. – Najbardziej podobały mu się Tatry

Któregoś dnia jadą razem do dużego centrum ze sprzętem AGD. Wchodzą, a tam okrągły samojezdny odkurzacz. Alex patrzy z zainteresowaniem. – A może chciałbyś coś zabrać stąd do domu? – pyta Robert. Afrykańczyk rozgląda się po półkach i długo szuka odpowiedzi. – Nie mamy prądu, więc co miałbym wziąć – lodówkę? Jest zbyt ciężka. Maszynę do koszenia trawy? Przecież do tego można użyć noża – mówi, patrząc na otaczające go miksery, laptopy i plazmy. W jego świecie wszystko to jest bezużyteczne. – Najbardziej chciałbym zabrać od was pracę – mówi – Zamiast tych sprzętów wolałbym mieć więcej krów – dodaje

Alex, a tak naprawdę Sheng’ena Oleshao, wojownik z półkoczowniczego plemienia Masajów, idzie ulicą Mikołajek. Buty z opon bezszelestnie suną po mazurskim bruku. Nagle ciszę przerywa ujadanie psa. Pudel z lokami spiętymi kokardką wystawia głowę z balkonu i szczeka. – Patrz, pies bez pracy! – śmieje się zadziwiony Alex. W jego wiosce zwierzęta mają jasno określoną rolę – krowy i kozy dają mleko, psy pilnują bydła.

Innym razem Masaj nie może powstrzymać uśmiechu, gdy mąż Iwony wręcza mu smycz, na której kundel Pinio zadowolony ze spaceru, radośnie wywija ogonem. – I mam tak z nim chodzić? Zwierzę na smyczy – przecież to bez sensu – mówi rozbawiony. W zoo z kolei nie kryje oburzenia. – Dlaczego tak więzicie zwierzęta? Ten nosorożec jest chory i nikt mu nie pomaga. Spójrz na jego zgrubienia na skórze.”

,,Obserwując młodzież w polskich szkołach, Alex zauważa, że jest inna niż ta w Afryce. – Widać, że troszczycie się o dzieci – budujecie im blisko szkoły, każecie się myć. Mają lepszy start – mówi. On sam jako dziecko, zamiast stawiać pierwsze litery, musiał wypasać bydło. Alfabetu nauczył się od kuzynów, którzy do szkoły wędrowali dwie godziny. Podstawy angielskiego podłapał od turystów na Zanzibarze. – Wśród pobliskich Masajów jestem jedyny, który pisze, czyta, do tego zna angielski – mówi z dumą. – Ale brak edukacji do mnie wraca. Mógłbym być ochroniarzem w hotelu czy w sklepie, tylko tam wymagają świadectw. I źle płacą. Dostajesz 40 euro miesięcznie, a to za mało na potrzeby wioski.

Warszawę od Częstochowy dzieli 220 km. Alex patrzy z podziwem na płaską taflę asfaltu. – U nas ta podróż zajęłaby osiem godzin. Poza tym, gdy ktoś cię wita, zatrzymujesz się i zaczynasz rozmawiać. Tutaj ludzie się mijają – zauważa, obserwując przechodniów. – Spieszą się i wyglądają, jakby wcale nie byli leniwi. U mnie w okolicy większość ludzi nie pracuje. Może dlatego, że nie mają gdzie? – zastanawia się na głos.

Wyglądając przez okno, Alex z ciekawością zerka na obejmujące się pary. W jego kulturze uczuć się nie pokazuje. Związki też wyglądają inaczej: mając 15 krów, nadajesz się na zięcia i możesz się ożenić. Rodzice wybierają ci pierwszą małżonkę, kolejne dobierasz sam. – Bywa, że wracasz do domu i w wejściu widzisz wbitą dzidę. To znak, żeby nie wchodzić, bo w środku inny wojownik przebywa z twoją żoną.

– I nie denerwuje cię to?

– Nie, przecież są inne kobiety – wzrusza ramionami”

“– Alex, może ty byś został z nami w Polsce? Solenizant uśmiecha się i kręci głową: – Tutaj macie wszystko, ale to nie mój świat. Nie mógłbym opuścić wioski i rodziny. Chyba że tymczasowo, za pracą.

– A jeśli udałoby ci się sprowadzić rodzinę?

– Jak? Na pontonie? – pyta. – Sprowadziłbym siostry, a na miejscu zostałby brat, kuzyni i krowy – mam ich zostawić? Ja tu jestem tylko na chwilę – wyjaśnia i opowiada o znajomych, którzy w poszukiwaniu pracy zjeździli Egipt, Kongo i Kenię. – Zarabiali, wysyłali pieniądze do domu, ale nie czuli się u siebie. Tak jak ja na Zanzibarze. Wrócili, a tam znów ta sama bieda. Dlatego zamiast podróżować, wolałbym mieć dobrą pracę na miejscu.

Wieczorem Robert siedzi z masajskim jubilatem w ogrodzie. Patrzą w niebo. – Dlaczego ludzie latają w kosmos? – pyta nagle Alex.

– Są ciekawi, co tam jest. Chcą sprawdzić, czy gdzieś indziej jest życie – mówi Robert.

– Szaleństwo. Przecież tutaj jest życie.

– A ty jak patrzysz w niebo, to co myślisz?

– Że gwiazdy są daleko i że są puste. Może gdzieś tam jest życie, ale to dla mnie nieważne.

– A słyszałeś o Marsie? Innej planecie, na którą ludzie chcą lecieć.

– Po co?

– Zobaczyć, jak wygląda i sprawdzić, czy jest woda. Może w przyszłości życie na Ziemi się skończy i dzięki podróżom na inne planety przetrwamy, a ludzie nie wymrą.

– Szukacie wody na innych planetach, a na Ziemi w wielu miejscach jej nie ma. W Afryce z powodu suszy głoduje i umiera tyle ludzi. I statki do nas nie latają. Dlaczego? – pyta Alex.

Robert wzrusza ramionami: – I co mu miałem odpowiedzieć?”

Podobne Wpisy

  • African Culture Days

    📢 Attention, attention! Join us in celebrating African culture on September 8, 2024! We invite you to an unforgettable day full of live concerts and interactive workshops! People in Tune and many others will bring the rhythm, color, and spirit of Africa straight to you!

  • Mission Trip – January 2024

    We started the new year just as planned — on January 2nd, we traveled to Tanzania to coordinate the drilling of wells in two villages. In...