To Help Africa | Misjonera luty2021
17612
post-template-default,single,single-post,postid-17612,single-format-standard,ajax_fade,page_not_loaded,,qode-child-theme-ver-1.0.0,qode-theme-ver-10.1.1,wpb-js-composer js-comp-ver-5.0.1,vc_responsive
 

Misjonera luty2021

Misjonera luty2021

Drodzy Przyjaciele, Darczyńcy, Rodzice Adopcyjni,

Właśnie mija miesiąc, kiedy wróciłam z tegorocznej misjonery i chciałam się z Wami podzielić relacją z mojego ostatniego wyjazdu do Tanzanii i zabrać Was na chwilę do tego kawałka świata, który wspólnie tworzymy i bez Was by nie istniał. Zaprowadzę Was do tych wszystkich miejsc, które nadają sens temu co robię i dają mi pokłady energii 🙂 Jak zwykle trochę się rozpisałam więc zróbcie sobie kawę, usiądźcie wygodnie w fotelu i na spokojnie przeczytajcie – jeśli oczywiście macie na to ochotę:) I bardzo dziękuję, że jesteśmy razem i możemy wspólnie zrobić coś dobrego 🙂

Dziś mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że projekt wody w wiosce Kolang’a został zakończony.

Mamy wodę zdatną do picia !!! Bardzo się cieszę, że mogłam być świadkiem tego wydarzenia:) Było mnóstwo emocji i radości. Dla tego dnia warto było przyjechać do Tanzanii. Czekałam na tę chwilę 4 lata od momentu otwarcia projektu, a 3 lata licząc od momentu odwiertu.

To było długa i bardzo trudna droga, pełna nadziei, ale też chwil zwątpienia. Był dzień kiedy odszedł Alex i straciłam wiarę we wszystko. Pandemia również pokomplikowała wiele spraw, wstrzymane zostały granty, pojawiły się spore komplikacje w logistyce. Oh!!! Teraz kiedy mamy już wodę spadł mi kamień z serca i wiem, że ten cały wysiłek nie poszedł na marne.

W 2017 r, kiedy zbierałam na studnię nakręcony został odcinek filmu „Dla siebie, dla świata”, który odnosił się do problemów społeczności masajskiej, braku dostępu do wody pitnej wiosce Kolang’a i zmagań Stowarzyszenia To Help Africa. Pozwolę sobie zacytować dwa ostatnie zdania, które wypowiedziałam na samym końcu:

„Być może zacznę spokojnie działać jak już znajdę rozwiązanie tego najważniejszego problemu jakim jest woda, którym jest studnia. Może wtedy przejmę klimaty afrykańskie i powiem sobie pole pole (powoli, powoli), teraz już mogę zwolnić, już nie muszę biec”

I teraz sama nie wiem jak się do tego odnieść 🙂 Problem dostępu do wody pitnej w wiosce Kolang’a został rozwiązany, a ja cały czas pędzę.

Splot wielu zdarzeń spowodował, że rozszerzyłam zasięg działalności na terenie Tanzanii. Doszedł sierociniec w Bukanga i obszar Gairo gdzie swoją posługe pełni polski misjonarz ks. Marek Gizicki. Tam wkrótce będziemy budować szkołę dla dzieci masajskich a Fundacja Dzieci Afryki wywierci studnię. Mam nadzieję, że tym razem pójdzie sprawniej:) Odległości pomiędzy tymi miejscami są bardzo duże.Logistyka dość trudna.

Podczas misjonery 2021 przebyłam ok 2600 km. W ciągu 14 dni byłam w 10 różnych miejscach (w niektórych tylko na nocleg) i zrobiłam 2700 km drogą kołową (doszedł jeszcze prom i samolot – inaczej nie dałabym rady). Zacznę więc od początku.

Późnym wieczorem, ok godziny 10-tej wylądowałam na Zanzibarze. To był bezpośredni lot z Warszawy i zajmował jedynie 8 h. Zazwyczaj podróż jest z przesiadką i trwa nie krócej jak 14,5 h. Do hotelu dotarłam około północy, a o 6 tej rano miałam już kolejny samolot do Kilimandżaro i tam już czekał na mnie samochód z kierowcą. Pierwszym naszym celem była wizyta w sierocińcu w Bukanga, ale to odcinek 950 km więc nie obyło się bez noclegu po drodze.

Dziewczynki, które były bohaterkami „Opowieści wigilijnej” zaadaptowały się w sierocińcu bardzo szybko. Są zadbane i radosne. Niechętnie wspominają czas, kiedy mieszkały w buszu w okolicach Handeni. Najmłodsza z nich na początku udawała, że mnie nie zna, bo przestraszyła się, ze ją zabiorę z powrotem do buszu 🙂 Wizyta w sierocińcu niosła za sobą dodatkowe wyzwanie. Do grupy dziewczynek dołączył Ashley. To 14-to letni chłopiec masajski – najstarszy syn siostry Alexa. Ashley jest zdolnym, mądrym i bardzo pogodnym chłopcem. Moje uczucia zaskarbił sobie już podczas pierwszej naszej wizyty w buszu w 2015 roku. Naukę rozpoczął z dwuletnim opóźnieniem, ale nie był uczniem naszej szkoły. Dzięki siostrze Rut, chłopiec będzie mógł pozostać pod jej opieką, nadrobić różnice programowe, rozpocząć naukę języka angielskiego i za dwa lata rozpocząć naukę w prywatnej szkole średniej. To ogromna szansa dla niego.Pozostając w buszu nie miał by możliwości zdobyć tak dobrego wykształcenia. To również szansa dla jego rodziny w przyszłości, a kto wie czy nie dla całej wioski, w której mieszka.

Kolejnym celem mojej podróży była wioska Mpwapwa położona 70 km od Dodomy ( odległość od sierocińca to około 930 km). Tam mieszka żona Alexa – Blandina. Nie wiem czy wspominałam, ale Blandina była w ciąży kiedy Alex umarł…. Po pogrzebie wróciła do swojej rodzinnej wioski. Dwa dni po mojej wizycie przyszedł na świat chłopczyk. Ma na imię Robert. Niestety nie mam jego zdjęcia, bo Blandina nie ma telefonu, odcięta jest od świata i możliwości komunikacji. Ciężko to sobie wyobrazić w dzisiejszych czasach, ale tak tam jest. Blandina dostała wyprawkę dla dziecka, jedzenie, materace, moskitiery i niezbędne rzeczy potrzebne w pierwszym okresie po porodzie. Ona tam nie miała nic…..spała na klepisku. Brakowało jej wszystkiego, włącznie z jedzeniem. To bardzo trudny moment w jej życiu.

Następne miejsce, które odwiedziłam to Gairo. W tamtych okolicach, w wiosce Engusoro będziemy budować szkolę dla Masajów. Obecnie trwa zbiórka na ten cel i mam nadzieję, że zakończymy ją sukcesem. Masajowie bardzo się przejęli pomysłem budowy. Zorganizowani piasek, żwir, cement i w ramach swojego wkładu częściowo wybudowali już fundamenty.

Na misji u ks. Marka zatrzymały nas deszcze, które spadły w nocy. Drogi przestały być przejezdne i trzeba było czekać, aż ich poziom trochę się obniży 🙂 Już się nauczyłam, że planować to ja mogę sobie w Europie, ale nie w Afryce. Tu wszystko odbywa się na pełnym spontanie.

Ostatni cel mojej misjonery osiągnęłam po tygodniu. Jak się zapewne domyślacie to był „mój” busz, miejsce którego nie zamieniłabym na żadne inne. W buszu spędziłam 5 dni, na więcej nie starczyło mi czasu. Trzeba było wracać do Dar es Salaam, a następnie promem na lotnisku na Zanzibarze, bo stamtąd miałam samolot do Polski. To był również czas na odrobinę odpoczynku. Naprawdę odrobinę, bo spędziłam tam tylko jedną noc, ale było warto:)

Podczas mojego pobytu w Kwamneke uruchomiliśmy system uzdatniania wody, a dzięki darczyńcom odmalowaliśmy 3 klasy szkolne. Inspiracją do odnowienia klas byli uczniowie z XXV LO im. Jana Wybickiego w Warszawie. Pomimo trudnych warunków (odnoszę się do pandemii w tym momencie) zorganizowali zbiórkę na odnowienie jednej klasy szkolnej. W prace społeczne nad odnawianiem klas zaangażowała się społeczność Kwamneke oraz dzieci, które z wielkim przejęciem myły ściany. To była też dobra okazja do integracji.

Na zakończenie naszego wspólnego dzieła zorganizowaliśmy ognisko:) Było dużo emocji, radości, mężczyźni piekli kozę i integrowali się przy ognisku, kobiety gotowały ugali (to mąka z wodą), a dzieciaki oglądały bajki. Na zakończenie nie obyło się bez tańców przy muzyce na „bębnie”, za który służył nam pojemnik, w którym transportuje się wodę.

Kolejną niespodzianką było zaangażowanie dzieci ze Stowarzyszenia Blisko, które przygotowały zdjęcia naklejone na kartkę z różnymi opisami i grafiki na bazie których powstał kącik polsko – tanzański. Podopieczni stowarzyszenia zorganizowali również zbiórkę ubrań, materiałów edukacyjnych i przekazali tatuaże wodne, które uczniowie szkoły w Kwamneke z ogromnym entuzjazmem naklejali na swoje ręce. Wszystkie te rzeczy to prawdziwy skarb dla tych dzieciaków – takich cudeniek, to one na codzień nie mają, a podarowane im zdjęcia były prawdziwą inspiracją do przygotowania opisów do ich własnych zdjęć 🙂 Do wsparcia dzieci w Kwamneke dołączyły również dzieci z Gdańskiego Domu Dziecka „Przy Lesie” i przekazały odzież, buciki i drobne niespodzianki dla swoich rówieśników z Tanzanii.

Lista osób zaangażowanych cały czas nam rośnie i jestem wdzięczna za każdą formę pomocy. Dziękuję Wam, że jesteście ze mną. Dziękuję wszystkim darczyńcom i osobom angażującym się w działania. Bez Was nic by się nie zadziało. To Wy stanowicie podwaliny tej organizacji i dzięki Wam zmienia się życie dzieci i ich rodzin. Dzięki Waszej pomocy możemy wspólnie działać i zmieniać świat. Nawet jeśli to tylko jego malutki wycinek to i tak jest to warte zachodu. Bardzo jestem dumna z postawy polskich dzieci angażujących się w niesienie pomocy. Ich empatia i wrażliwość nie tylko wzruszają ale są również miarą przyszłego społeczeństwa dorosłych, które któregoś dnia będzie kreować rzeczywistość. To od nich będzie zależało jak ten świat będzie wyglądał i czy znajdzie się w nim miejsce na wartości którym my hołdujemy. Dlatego ich zaangażowanie sprawia mi wiele radości i o tym piszę.

Eh.. znowu odbiegłam od tematu 🙂

W ramach programu „Adopcja serca” zakupione zostało jedzenie na dwa miesiące – łącznie 3200 kg ryżu i fasoli.

Zakupione zostały również podręczniki do nauki języka suahili i języka angielskiego dla wszystkich uczniów klasy piątej.

Chyba nie napisałam o tym wcześniej….. Obecnie mamy grupę przedszkolną i pięć klas szkolnych, łącznie 220 uczniów. To jest ogromny powód do dumy. Jeszcze w 2016 roku w miejscu gdzie teraz stoi szkoła był tylko busz. Na dzień dzisiejszy mamy najładniejszą szkolę w okolicy. Na dodatek dobrze wyposażoną. Dzieciaki mają pomoce edukacyjne, zeszyty, książki i piórniki. To bardzo dużo jak na tamte realia.

Nie zdążyłam jednak odwiedzić wszystkich rodzin adopcyjnych, zabrakło mi czasu. Tylko kilkoro dzieci odwiedziłam w ich domach, część młodszych dzieci widziałam w szkole, a starsze dzieci miały w tym czasie egzaminy więc niektórych uczniów nawet nie widziałam. Wybaczcie mi proszę jeśli, któryś z rodziców adopcyjnych tym razem nie dostanie aktualnej fotki swojego dziecka. Fizycznie nie dałam rady.

Przesyłam serdeczne pozdrowienia i raz jeszcze dziękuje za wsparcie dzieciaków i projektów realizowanych przez To Help Africa.

pozdrawiam
Iwona Kreczmańska